Józef z Nazaretu

Osoby opisane w Biblii: Apostoł Paweł, Jan Chrzciciel, Abraham

Moderatorzy: Bobo, kansyheniek, booris, Junior Admin, Osoby odpowiedzialne za forum, Moderatorzy

Awatar użytkownika
Jędrek Mendrek
Posty: 222
Rejestracja: 01 maja 2026, 8:00

Re: Józef z Nazaretu

Post autor: Jędrek Mendrek »

Ok, już wiemy jak odpowiedź zredagowała AI. A co osobiście sądzi na ten temat Jędrek?
Ostatnio zmieniony 23 maja 2026, 7:01 przez Jędrek Mendrek, łącznie zmieniany 1 raz.

Awatar użytkownika
Bobo
Posty: 17498
Rejestracja: 03 mar 2007, 17:12

Re: Józef z Nazaretu

Post autor: Bobo »

Że tak powiem... pleciesz trzy po trzy. Dlaczego niby w Izraele miałoby być tak samo jak w świecie rzymskim? Po co komu takie porównanie?
Jezus został poczęty za sprawą ducha świętego, dlatego Józef był właściwie jego przybranym ojcem. Jednak mieszkańcy Nazaretu widzieli, jak Józef i Maria wychowują Jezusa, dlatego naturalne było, że uznawali go za syna Józefa. Wskazują na to też inne wersety, m.in. Mt 13:55 i Łk 4:22, w których mieszkańcy Nazaretu nazywają Jezusa „synem cieśli” i „synem Józefa”. W pewnej sytuacji ludzie, którzy zgorszyli się Jezusem, powiedzieli: „Czy to nie jest Jezus, syn Józefa? Czy nie znamy jego ojca i matki?” (Jn 6:42). Również Filip powiedział do Natanaela: „Znaleźliśmy (...) Jezusa z Nazaretu, syna Józefa” (Jn 1:45). Ludzie powszechnie nazywali Jezusa „synem Józefa”.
Oszołomstwu mówię NIE!

Awatar użytkownika
Jędrek Mendrek
Posty: 222
Rejestracja: 01 maja 2026, 8:00

Re: Józef z Nazaretu

Post autor: Jędrek Mendrek »

Ok, już wiemy jak odpowiedź zredagowała AI. A co osobiście sądzi na ten temat Jędrek?
Ostatnio zmieniony 23 maja 2026, 7:01 przez Jędrek Mendrek, łącznie zmieniany 1 raz.

Awatar użytkownika
Bobo
Posty: 17498
Rejestracja: 03 mar 2007, 17:12

Re: Józef z Nazaretu

Post autor: Bobo »

No nie udowodniłeś , bo niby czym. na jakiej zasadzie ludzie nazywali Jezusa synem Józefa? A także bratem pozostałych dzieci z Józefa i Marii?
To, że adopcja nie nastąpiła wg. prawa rzymskiego nie wyklucza adopcji. Jeśli wykażesz, że gdy ludzie nazywając Jezusa synem Józefa, tenże Józef oponował i wyraźnie zaznaczał, że to nie jego syn, to pewnie miałbyś rację. Istnieje cos takiego jak prawo zwyczajowe. Nie mylić z rzymskim czy nawet Prawem Mojżeszowym, gdzie nie było konkretnego prawa adopcyjnego. Jednak...w praktyce były zwyczaje przyjęcia dziecka do rodziny,
uznaniu za syna / córkę, adopcji zwyczajowej albo instytucji zbliżonej do adopcji. Mamy w Biblii kilka takich przykładów.
Nie bardzo rozumiem tego zdania, że mimo przybrania Jezusa za syna nie świadczy o adopcji. A o czym świadczy?
Oszołomstwu mówię NIE!

Awatar użytkownika
Jędrek Mendrek
Posty: 222
Rejestracja: 01 maja 2026, 8:00

Re: Józef z Nazaretu

Post autor: Jędrek Mendrek »

Ok, już wiemy jak odpowiedź zredagowała AI. A co osobiście sądzi na ten temat Jędrek?
Ostatnio zmieniony 23 maja 2026, 7:02 przez Jędrek Mendrek, łącznie zmieniany 1 raz.

Awatar użytkownika
Bobo
Posty: 17498
Rejestracja: 03 mar 2007, 17:12

Re: Józef z Nazaretu

Post autor: Bobo »

Że tak powiem wprost: pierd.ły pociskasz. Więc jak Józef traktował Jezusa? Co dawał do zrozumienia otoczeniu? Że co prawda mieszka w moim domu jakiś chłopiec, ale to nie mój syn? Skoro ludzie się nie połapali w tym, znaczy, że Józef traktował Jezusa jak syna o czym przekonał otoczenie. No sorry, ale coraz ciężej się ciebie czyta. No i ten tekst: "Nowego Testamentu, który zaistniał dopiero parę ładnych wieków po ich śmierci".
Po kiego grzyba piszesz takie bzdury? Widzę, że twoje pisarstwo jest coraz bardziej kontrowersyjne i prowokacyjne. Ciekawe gdzie jest tego granica... :mysli:
Oszołomstwu mówię NIE!

Awatar użytkownika
Felek
Posty: 115
Rejestracja: 10 cze 2026, 7:30

Re: Józef z Nazaretu

Post autor: Felek »

Jósef z Nazaretu - królewicz z młotkiem

W historii chrześcijaństwa występuje wiele postaci pierwszoplanowych, drugoplanowych i statystów. Są królowie, prorocy, mędrcy, rewolucjoniści, święci i grzesznicy. Jest też pewien człowiek, który sprawia wrażenie, jakby znalazł się w Ewangelii przez pomyłkę redakcyjną. Nazywał się Józef z Nazaretu.

Według oficjalnej wersji był potomkiem króla Dawida. Nie byle jakim potomkiem, lecz przedstawicielem rodu, z którego miał wyjść oczekiwany Mesjasz. Można by więc przypuszczać, że mamy do czynienia z postacią imponującą: arystokratą, politykiem, może choćby lokalnym notablem. Tymczasem spotykamy rzemieślnika z prowincji.

Grecy określali jego zawód słowem téktōn – τέκτων. W naszych przekładach zwykle zostaje z niego cieśla, choć równie dobrze mógł być murarzem, kamieniarzem lub po prostu człowiekiem od budowania wszystkiego, co wymagało rąk, narzędzi i cierpliwości. Królewski potomek pracujący na budowie. Ha, historia bywa ironiczna.
Jeszcze bardziej ironiczne jest to, że o tym potomku Dawida nie wiemy niemal nic. Nie znamy daty jego narodzin ani śmierci. Nie zachowało się ani jedno jego zdanie. W czasach, gdy zapisano całe kazania, przypowieści i genealogie, Józef milczy od pierwszej do ostatniej strony.

Nawet kwestia jego ojca pozostaje zagadką. Ewangelista Mateusz twierdzi, że ojcem Józefa był Jakub. Łukasz natomiast przedstawia niejakiego Helego. Dwie genealogie, dwa rodowody, dwie wersje rodzinnej historii. Gdyby podobny spór wybuchł dziś podczas postępowania spadkowego, adwokaci żyliby z niego przez kilka pokoleń.

Co więcej, owe genealogie prowadzą różnymi drogami do króla Dawida. Jedna przez Salomona, druga przez Natana. Wygląda więc, jakby Józef przechowywał w domowej skrzyni dwa pergaminy swoich drzew genealogicznych i nie był całkiem pewien, od którego syna Dawida właściwie pochodzi. Trzeba jednak przyznać, że nawet w tej sytuacji imponuje jedno: zdolność ludzi starożytności do pamiętania swoich przodków przez niemal tysiąc lat. W epoce, gdy wielu z nas nie potrafi wymienić imienia własnego pradziadka, jest to osiągnięcie godne szacunku.

Pozostaje pytanie zasadnicze: po co Józef w ogóle pojawia się w tej historii?
Z Jezusem nie łączyły go przecież więzy krwi. Jeśli więc mówimy o dziedziczeniu królewskich praw Dawida, sprawa robi się skomplikowana. Józef jest jednocześnie niezbędny i niepotrzebny. Niezbędny, bo bez niego trudno byłoby wykazać mesjańskie pochodzenie Jezusa. Niepotrzebny, bo sam nie jest biologicznym ojcem.
To jeden z tych paradoksów, które religia pozostawia historykom, a historycy teologom.
Po epizodzie odnalezienia dwunastoletniego Jezusa w świątyni Józef praktycznie znika ze sceny. Wielu badaczy przypuszcza, że zmarł przed rozpoczęciem publicznej działalności Jezusa. Odszedł cicho, tak jak żył. Bez przemówień, bez testamentu, bez pomników.

Jeżeli zaś wierzyć ewangelicznym relacjom, jego sytuacja materialna również nie była szczególnie imponująca. Podczas obrzędu oczyszczenia po narodzinach Jezusa rodzina składa ofiarę z pary gołębi – dar przewidziany dla ubogich. Trudno tu dostrzec blask dawnej dynastii.
A przecież wcześniej pojawili się tajemniczy Trzej Królowie ze Wschodu, przynosząc królewiczowi złoto, kadzidło i mirrę. Co stało się z tym majątkiem? Czy został wydany na utrzymanie rodziny podczas pobytu w Egipcie? Czy okazał się mniej imponujący, niż głosi tradycja? A może po prostu Ewangelie uznały kwestie finansowe za temat zbyt przyziemny? Tego nie wiemy.
Historia milczy.

I może właśnie dlatego postać Józefa jest ciekawsza od wielu królów. Nie pozostawił po sobie traktatów, zwycięskich bitew ani politycznych programów. Nie założył dynastii. Nie wygłosił ani jednego zdania zapisanego w Biblii.
Pozostał jedynie człowiek z młotkiem w ręku, który według rodowodów był królewiczem, według zawodu budowniczym, według Ewangelii opiekunem Mesjasza, a według historyka – jedną z najbardziej zagadkowych postaci całego Nowego Testamentu.
I być może właśnie ta dyskretna obecność stanowi jego największą rolę. Bo czasami historia świata zmienia się nie za sprawą tych, którzy przemawiają, lecz dzięki tym, którzy po prostu wykonują swoją pracę i schodzą ze sceny bez oklasków.

A teraz nieco historii.
W starożytnym Izraelu monarchia była instytucją zaskakująco mało elastyczną jak na świat pełen proroków, cudów i płonących krzewów. O ile więc w warstwie teologicznej wszystko tam potrafiło się zdarzyć – od rozmów z Bogiem po zatrzymywanie słońca – o tyle w kwestii sukcesji tronu panował zaskakujący konserwatyzm: syn i tylko syn. Najlepiej biologiczny, najlepiej z odpowiednio długą listą przodków i jeszcze lepszym błogosławieństwem narratora.
Adopcja? Owszem, była - ale raczej w charakterze gestu humanitarnego niż politycznego. Dawid przygarnia Mefiboszeta, syna Jonatana, i robi z niego coś w rodzaju dworskiego rezydenta z pełnym wyżywieniem i miejscówką przy królewskim stole. Miły gest, bardzo cywilizowany, wręcz jak na standardy epoki zaskakująco „socjalny”. Tyle że tron? Tron pozostaje w rodzinie, jak dobrze prosperująca firma w rękach akcjonariuszy z jednej krwi.
I tu dochodzimy do sedna sprawy, które nie jeden pewnie skwitowałby półuśmiechem i zdaniem w rodzaju: „władza nie lubi abstrakcji, bo abstrakcja nie głosuje”. W Izraelu legitymizacja monarchy była bowiem twarda jak skała na pustyni: nie liczy się, kogo sobie król wychował, tylko kogo zdołał spłodzić. Adopcja nie dawała prawa do korony, bo korona – jak każda poważna instytucja – nie uznaje improwizacji. Ona uznaje linię.
Dlatego Mefiboszet może sobie spokojnie siedzieć przy stole, ale Salomon już siedzi na tronie. Nie dlatego, że był lepszy moralnie, politycznie czy narracyjnie. Po prostu był „z właściwego materiału”. Reszta to już tylko komentarz historyczny i – jak zwykle – polityczne napięcie między tym, co możliwe, a tym, co dopuszczalne.
A więc mamy tu klasyczny paradoks monarchii: z jednej strony opowieść o wybraniu przez Boga, z drugiej – bardzo przyziemną zasadę dziedziczenia, która działa dokładnie tak jak wszędzie indziej. Z tą różnicą, że tutaj nawet Bóg nie wprowadzał systemu adopcyjnego.

ODPOWIEDZ

Wróć do „Postacie”