Stwórca- jaki jest?

Osoby opisane w Biblii: Apostoł Paweł, Jan Chrzciciel, Abraham

Moderatorzy: Bobo, kansyheniek, booris, Junior Admin, Osoby odpowiedzialne za forum, Moderatorzy

ODPOWIEDZ
chryzolit
Posty: 4265
Rejestracja: 19 maja 2013, 20:09
Kontakt:

Post autor: chryzolit »

amiko.
Bóg-Stwórca jest istota duchową,jest Stwórcą wszystkiego,czyli nie jest stworzeniem,bo energia jest materią,a Stwórca nią nie jest,Stwórca nie jest materią,nie jest własnym stworzeniem.
Proszę cię,jak uważasz,że masz wyjątkowy mózg, inny poziom,a ja mam jaszczurczy,to użyj tego swojego wyjątkowego mózgu,bo dotykamy podstawowych spraw,a Ty się gubisz.
Pozdrawiam.

Awatar użytkownika
Felek
Posty: 115
Rejestracja: 10 cze 2026, 7:30

Re: Stwórca- jaki jest?

Post autor: Felek »

Boska pedagogika

Istnieją idee tak odporne na doświadczenie, że gdy rzeczywistość przeczy im z wyjątkową brutalnością, ich wyznawcy uznają to za kolejny dowód słuszności teorii. Do takich pomysłów należy pewna odmiana teologii wychowawczej, wedle której cały wszechświat jest szkołą, człowiek uczniem, a historia czymś w rodzaju bardzo długiej godziny wychowawczej.

Jest to szkoła osobliwa.
Po pierwsze dlatego, że uczniowie nie pamiętają momentu zapisania się do niej. Po drugie dlatego, że regulamin jest przedmiotem nieustannych sporów. Po trzecie zaś dlatego, że dyrekcja pozostaje zasadniczo niedostępna, komunikując się głównie przez interpretacje interpretacji wcześniejszych interpretacji.

Mimo to zwolennicy tego systemu zapewniają nas, że wszystko działa znakomicie.
Jeżeli człowiek cierpi — jest to lekcja.
Jeżeli naród cierpi — jest to lekcja zbiorowa.
Jeżeli cierpią niewinni — jest to lekcja szczególnie głęboka.
A jeśli ktoś pyta, dlaczego program nauczania wygląda właśnie tak, otrzymuje odpowiedź, że nie zrozumiał celu edukacji.

Trzeba przyznać, że jest to rozwiązanie niezwykle eleganckie. Każdy wynik potwierdza teorię. Sukces dowodzi słuszności planu, porażka również. Nagroda świadczy o sprawiedliwości systemu, kara także. W takim układzie rzeczywistość staje się nie tyle sprawdzianem teorii, ile jej zakładnikiem.

Cała pedagogika opiera się zresztą na zasadzie starej jak świat: kija i marchewki. Tyle że w wydaniu kosmicznym proporcje ulegają pewnemu zaburzeniu. Kij bywa imponujący — wojny, epidemie, kataklizmy, osobiste tragedie, kryzysy egzystencjalne. Marchewka natomiast ma charakter bardziej odroczony. Obiecuje się ją po zakończeniu kursu, którego długości nikt dokładnie nie zna, według kryteriów oceniania pozostających przedmiotem wielowiekowych debat. Uczeń ma więc zachować motywację, nie widząc ani dziennika ocen, ani świadectwa, ani nawet pewności, czy dobrze odczytał treść zadania.

Najciekawiej przedstawia się jednak kwestia wolnej woli.
Człowiek jest ponoć wolny. Może wybrać wszystko, czego zapragnie. Otrzymuje nawet pełną odpowiedzialność za własne decyzje. Z jednym drobnym zastrzeżeniem: istnieje tylko jeden wybór naprawdę właściwy. Wszystkie pozostałe prowadzą do mniej lub bardziej przykrych konsekwencji.

Przypomina to nieco sytuację obywatela, który może swobodnie głosować na dowolną partię pod warunkiem, że zagłosuje na tę jedyną słuszną. Formalnie wolność istnieje. Praktycznie przypomina ona spacer po korytarzu, którego wszystkie drzwi poza jednymi prowadzą do piwnicy.
Historia dostarcza zresztą licznych przykładów ludzi przekonanych, że reprezentują kosmiczną administrację szkolną. Gdy argumenty okazywały się niewystarczające, sięgano po środki bardziej przekonujące. W ten sposób powstawały rozmaite instytucje naprawy dusz, których metody przypominały raczej warsztat ślusarski niż seminarium filozoficzne.

Rzecz jasna nie wynika z tego, że religia prowadzi nieuchronnie do przemocy. Wynika jedynie, że każda teoria uznająca własną nieomylność prędzej czy później zaczyna traktować człowieka jako materiał dydaktyczny.

A człowiek, co za pech, ma zwyczaj nie mieścić się w programach nauczania.
Największy problem pedagogiki kosmicznej polega jednak na czymś innym. Oto bowiem od stuleci słyszymy, że wszystko ma sens. Tyle że sens ten znajduje się zawsze poza zasięgiem sprawdzenia. Nie dziś, nie tutaj, nie dla nas.

Jest to sytuacja komfortowa dla teorii i nieco mniej komfortowa dla ucznia.
Bo jeżeli nauczyciel nigdy nie pokazuje ocenionych prac, nie wyjaśnia kryteriów, nie odpowiada na pytania, a każdą wątpliwość uznaje za przejaw niedojrzałości, to nawet najbardziej cierpliwy uczeń może zacząć podejrzewać, że uczestniczy nie w edukacji, lecz w eksperymencie administracyjnym.

Być może rzeczywiście istnieje wielki plan. Być może rzeczywiście historia ma sens głębszy, niż potrafimy dostrzec. Ale jeśli tak jest, to trudno uznać za naganne samo zadawanie pytań.
Cywilizacja rozwijała się przecież nie dzięki ludziom, którzy powtarzali, że wszystko już zostało wyjaśnione, lecz dzięki tym, którzy mieli odwagę zapytać, czy przypadkiem nie pomylono podręczników.
A kiedy słyszę, że odpowiedzią na każde cierpienie jest „lekcja”, przypomina mi się stary pedagogiczny dowcip. Operacja się udała, pacjent zmarł. Program wychowawczy odniósł sukces. Pozostaje jedynie ustalić, gdzie podziali się wychowankowie.

Awatar użytkownika
Felek
Posty: 115
Rejestracja: 10 cze 2026, 7:30

Re: Stwórca- jaki jest?

Post autor: Felek »

Jahwe i Logos – czyli jak gramatyka miała rozstrzygnąć metafizykę, a wyszedł jej bałagan kontrolowany

Od czasu, gdy Jan Ewangelista rzucił swoje słynne „καὶ θεὸς ἦν ὁ λόγος”, ludzkość nie może się zdecydować, czy to zdanie jest objawieniem, czy może jednak skutkiem tego, że starożytni Grecy nie przewidzieli internetu i forów dyskusyjnych.
Na scenę wchodzi więc klasyczny dramat: rodzajnik. Ten niepozorny „ὁ”, który w niektórych kręgach teologicznych urósł do rangi atomu metafizyki. Bo jak jest „ὁ θεός”, to wiadomo: Bóg porządny, jedyny, z dokumentami. A jak „θεός” bez rodzajnika – to już podejrzana sprawa. Bóg na lewo? Bóg w sensie ogólnym? Bóg luzem, bez akcyzy?
I tu zaczyna się zabawa.

Iluzja prostego rachunku. Kuszący jest pomysł, żeby zrobić z greki coś w rodzaju księgowości: „ὁ θεός” = Bóg właściwy „θεός” = bóg niższej kategorii albo jeden z wielu. Problem w tym, że greka koine nie była Excel’em antyku. Brak rodzajnika w orzeczniku nie działa jak flaga „to inny egzemplarz z katalogu panteonu”. To raczej funkcja składniowa, nie deklaracja ontologiczna. Czyli: mniej „system rejestracji bogów”, bardziej „gramatyka, która ma inne rzeczy na głowie”.

Co właściwie mówi Jan? Weźmy zdanie: „καὶ θεὸς ἦν ὁ λόγος” Nie mówi ono: „Logos jest innym bogiem obok Boga” ani: „Logos = Bóg Ojciec” Mówi coś znacznie mniej widowiskowego, ale logicznie uporządkowanego: Logos ma cechę „θεός” i jednocześnie nie jest identyczny z „ὁ θεός” z wcześniejszego członu. Mamy więc trzy elementy: Logos istnieje Logos pozostaje w relacji do „Boga” (πρὸς τὸν θεόν) Logos jest opisany jako „θεός” (predykat, nie etykieta w katalogu bytów) To układ relacyjny, nie równanie algebraiczne typu „x = y = z”.

Gdzie giną „dwaj bogowie”? Najczęstszy błąd polega na tym, że ktoś robi z greki system binarny: albo „ten sam Bóg” albo „drugi Bóg” Tymczasem tekst operuje na czymś bardziej irytującym dla systemów logicznych: rozróżnieniem relacji i predykatu. Czyli: „bycie Bogiem” nie musi oznaczać „bycia tym samym bytem co ὁ θεός” a „brak rodzajnika” nie tworzy automatycznie nowej klasy istot. Greka nie jest politeizmem z automatu tylko dlatego, że nie używa przecinków metafizycznych.

Rodzajnik jako fetysz interpretacyjny. W pewnym momencie rodzajnik stał się bohaterem większym niż Ewangelia. Jakby cały sens zdania Jana sprowadzał się do pytania: „czy tu stoi ‘ὁ’, czy go nie ma?” Tymczasem w grece: rodzajnik pełni wiele funkcji jego brak w orzeczniku jest często normą, nie wyjątkiem a sens wynika ze struktury zdania, nie z samego „czy jest przycisk ‘ὁ’” Innymi słowy: to nie jest test wielokrotnego wyboru.

Co da się powiedzieć uczciwie (i bez mistyki gramatycznej) Jeśli odrzucić teologiczne dopowiedzenia i trzymać się samej logiki języka, zostaje nam: Logos nie jest identyczny z „ὁ θεός” z drugiego członu Logos jest w relacji do „ὁ θεός” Logos posiada predykat „θεός” w sensie jakościowym lub opisowym I tyle. Reszta – czyli: ile jest „bogów” czy to ta sama istotas czy inna „klasa bytów” to już nie greka rozstrzyga, tylko metafizyka, która przychodzi później i zwykle udaje, że była tam od początku.

Konkluzja w stylu mniej uroczystym. Jan nie napisał traktatu z logiki formalnej ani katalogu bóstw. Napisał zdanie, które: rozróżnia relację
- przypisuje predykat
- i jednocześnie nie daje się zamknąć w prostym „1 albo 2”
A cała późniejsza historia interpretacji wygląda trochę tak, jakby ktoś próbował rozstrzygnąć spór ontologiczny za pomocą sporu o interpunkcję.
Greka milczy. Teologia mówi. A logika – jak zwykle – stoi z boku i pyta, kto ją tu w ogóle zaprosił.

Awatar użytkownika
Felek
Posty: 115
Rejestracja: 10 cze 2026, 7:30

Re: Stwórca- jaki jest?

Post autor: Felek »

Bóg i człowiek

Trudno odmówić Bogu zasług na polu edukacji ludzkości. Gdy człowiek błąkał się jeszcze po świecie bez należytej orientacji, otrzymał od Niego gotowy podręcznik kosmologii. Dowiedział się więc, że Ziemia zajmuje honorowe miejsce w samym centrum wszechświata, a Słońce, planety i gwiazdy wykonują wokół niej nieustanny taniec, niczym urzędnicy krążący wokół ważnego dyrektora.
Nie poprzestano na tym. Wyjaśniono nam również kształt Ziemi, mechanikę niebios, działanie przyrody oraz historię powstania wszelkiego życia. Człowiek został więc zwolniony z mozolnego obowiązku samodzielnego dochodzenia do prawdy, która – jak wiadomo – bywa kapryśna i czasem przeczy wcześniejszym wydaniom podręcznika.

Szczególnie cenny okazał się jednak wkład w geografię terenów niedostępnych obserwacji. Bez stosownych informacji nigdy nie dowiedzielibyśmy się o istnieniu nieba, piekła i czyśćca – rozległych posiadłości duchowych, starannie zaludnionych aniołami, demonami i innymi mieszkańcami administracji pozaziemskiej.
Trzeba przyznać, że był to system imponująco kompletny. Odpowiadał na wszystkie pytania, zanim ktokolwiek zdążył je zadać, i przez długie stulecia skutecznie chronił ludzi przed niebezpieczeństwem nadmiernej ciekawości.

Pobyt człowieka na Ziemi trudno uznać za pasmo szczególnych wygód. Już w pierwszym ogrodzie natrafił on na pułapki, których — ku własnej zgubie — nie potrafił ominąć. Kara przyszła szybko i bez taryfy ulgowej. Potomkowie pierwszych rodziców nie okazali się zresztą bardziej roztropni. Zamiast poprawić bilans swoich poczynań, zaczęli dociekać, dlaczego świat urządzony jest właśnie tak, a nie inaczej. Odpowiedź, jaką znajdujemy w Piśmie, jest zaskakująco jednoznaczna: dobro i zło, światłość i ciemność mają swoje źródło w woli Boga (Iz 45,7).
Od tej chwili łatwiej zrozumieć, dlaczego działalność złych duchów nie spotkała się z ich natychmiastową likwidacją przez Najwyższego. Jedni widzą w tym przejaw kary boskiej, inni rodzaj surowej lekcji wychowawczej. Tak czy inaczej, człowiek został pozostawiony w świecie, który nie przypomina sterylnego laboratorium, lecz raczej szkołę o wyjątkowo wymagającym programie nauczania — i niezbyt pobłażliwych egzaminatorach.

Ewangelie, czytane bez nabożnego drżenia rąk, odsłaniają przed nami prawdziwy zoologiczny ogród bytów nadprzyrodzonych. Oprócz Diabła i Szatana spotykamy bowiem rozmaite gatunki stworzonej przez Najwyższego menażerii duchowej. Występują Złe Duchy, Demony, Duchy Nieczyste, a nawet ich wyspecjalizowane odmiany.
Weźmy choćby Marię Magdalenę. Według Łukasza wyszło z niej siedem demonów. Jest to informacja cenna nie tylko dla teologii, ale i dla statystyki. Wynika z niej bowiem, że demon nie musi działać indywidualnie. Przeciwnie – najwyraźniej preferuje pracę zespołową. Już wtedy odkryto, że siedmiu urzędników potrafi skuteczniej sparaliżować człowieka niż jeden.

Sam demon ma zresztą interesującą historię. W Grecji był istotą niemal przyzwoitą: zajmował miejsce pomiędzy bogiem a człowiekiem i niekoniecznie wszystkim szkodził. Istniały nawet demony opiekuńcze. Kiedy jednak przekroczył granice Palestyny, nastąpiła zadziwiająca selekcja naturalna. Z niejasnych powodów przedostały się tam wyłącznie egzemplarze złośliwe. Dobre pozostały w kraju pochodzenia, jak wielu wykwalifikowanych specjalistów w różnych epokach.

Mamy dalej Ducha Nieczystego, który pojawia się w synagodze i zachowuje się dokładnie tak, jak można oczekiwać od ducha określonego urzędowo mianem nieczystego. Następnie spotykamy Legion. To już nie jest pojedynczy duch, lecz przedsiębiorstwo wielobranżowe. Nazwa wskazuje na inspirację wojskową, a liczebność – wedle różnych szacunków – mogłaby wystarczyć do obsadzenia niewielkiego miasteczka. Ewangeliczna demonologia okazuje się więc znacznie lepiej zorganizowana niż niejeden urząd.

Największym ekspertem od tych spraw wydaje się Marek. Gdy inni ewangeliści ograniczają się do ogólników, on kataloguje przypadki niczym przyrodnik opisujący nowe gatunki chrząszczy. Znajdujemy u niego nawet Ducha Niemego. Można odnieść wrażenie, że gdyby dysponował odpowiednio dużym grantem badawczym, pozostawiłby nam kompletną klasyfikację duchów wraz z tabelami, wykresami i kluczem do oznaczania poszczególnych odmian.

Jeśli już mowa o inwentarzu stworzeń nadprzyrodzonych, nie wypada pomijać pewnego osobnika, który w Apokalipsie św. Jana robi za odpowiednik politycznego mocarstwa w świecie bestii. Chodzi, rzecz jasna, o smoka — i nie tego krakowskiego emeryta od owiec, lecz o egzemplarz nowotestamentowy, wyposażony w odpowiedni rozmach, liczbę głów i ambicje. Na jego tle wszelkie pomniejsze kreatury niebieskie i piekielne wyglądają jak urzędnicy średniego szczebla podczas wizyty ministra.

Co więcej, samo istnienie smoków posiada, jak by to dziś powiedziano, całkiem przyzwoitą dokumentację źródłową. Z jednej strony mamy bowiem kronikarski autorytet Wincentego Kadłubka, który w swojej kronice nie szczędzi miejsca stworzeniom tego rodzaju. Z drugiej zaś stoi Jan z Patmos, przedstawiający w Księga Apokalipsy smoka o takich rozmiarach i możliwościach, że wawelski krewniak wygląda przy nim jak prowincjonalny gad hodowlany. Kto więc chciałby odmówić smokom prawa obywatelstwa w tradycji chrześcijańskiej, ten musiałby najpierw podjąć polemikę zarówno z kronikarzem, jak i z apostołem — a jest to przedsięwzięcie tyleż śmiałe, co zazwyczaj mało rokujące.

Jezus w Ewangelii Jana nie pozostawia swoim rozmówcom wielkiego pola manewru: „Wy jesteście z waszego ojca – diabła i chcecie spełniać pożądliwości waszego ojca” (J 8:44). Zdanie to jest tak niewygodne, że od dwóch tysięcy lat podejmuje się mniej lub bardziej wyrafinowane próby jego złagodzenia. A przecież słowa Chrystusa mają tę przykrą właściwość, że są albo prawdziwe, albo nie. Jeżeli zaczniemy je rozcieńczać przy pomocy dowolnej symboliki, szybko okaże się, że z Ewangelii zostanie nam zbiór poetyckich metafor, a nie objawienie.

Chrystus mówi dalej, że diabeł „od początku był mordercą” oraz że „nie ma w nim prawdy”. Jeżeli zatem ojcostwo diabła wobec tych ludzi potraktujemy poważnie, a nie jako figurę retoryczną wymyśloną dla potrzeb chwili, wówczas otrzymujemy logiczną konsekwencję: istnieje między ojcem a dziećmi duchowe podobieństwo. Dzieci realizują pragnienia ojca, przejmują jego sposób działania i jego stosunek do prawdy. Właśnie to Jezus zarzuca swoim przeciwnikom.

W tym miejscu pojawia się zgrzyt, którego wielu komentatorów wolałoby uniknąć. Do środowiska faryzeuszy należeli przecież ludzie, których chrześcijańska tradycja ocenia znacznie łagodniej: Nikodem, Józef z Arymatei, Gamaliel, a nawet Szaweł z Tarsu przed swoim nawróceniem. Jeśli jednak przyjąć słowa Jezusa w ich pełnym znaczeniu, to nie można jednocześnie wybierać sobie wyjątków tylko dlatego, że budzą naszą sympatię. Logika tekstu jest bezwzględna: przynależność do tego środowiska oznacza uczestnictwo w tym samym duchowym porządku, który Chrystus tak ostro potępia.

Naturalnie można odpowiedzieć, że Jezus posłużył się przenośnią. Można. Pytanie tylko, według jakiego klucza decydujemy, które fragmenty Ewangelii są dosłowne, a które metaforyczne. Chrześcijanin bez wahania przyjmuje, że Jezus został poczęty z Ducha Świętego, zgodnie ze słowami Ewangelii Mateusza (Mt 1:20). Nie mówi wtedy o poetyckiej figurze ani o literackim obrazie, lecz o rzeczywistym działaniu nadprzyrodzonym. Skoro więc jedno duchowe ojcostwo traktowane jest dosłownie, to dlaczego drugie miałoby zostać automatycznie zdegradowane do poziomu metafory?
Powstaje tu pewna symetria. Jeśli możliwe jest nadprzyrodzone działanie Ducha Świętego, które ustanawia szczególną relację między Ojcem a Synem, to sam tekst biblijny dopuszcza również istnienie realnej zależności duchowej między diabłem a tymi, którzy realizują jego wolę. W obu przypadkach mamy do czynienia nie z biologią, lecz z rzeczywistością duchową. A skoro tak, to twierdzenie Chrystusa nie musi być jedynie barwnym sposobem mówienia. Może być opisem rzeczywistego stanu rzeczy.

I właśnie dlatego słowa z ósmego rozdziału Ewangelii Jana pozostają tak niewygodne. Nie pozwalają na komfortowe półśrodki. Albo są jedynie ostrą figurą retoryczną, albo mówią o autentycznej duchowej zależności. Kto uznaje dosłowność działania Ducha Świętego, ten powinien przynajmniej rozważyć, czy dla zachowania konsekwencji nie należy równie poważnie potraktować słów Chrystusa o ojcostwie diabła. Na tym polega siła tego argumentu — nie tyle na emocjach, ile na żądaniu konsekwencji w interpretacji tekstu.

Awatar użytkownika
Felek
Posty: 115
Rejestracja: 10 cze 2026, 7:30

Re: Stwórca- jaki jest?

Post autor: Felek »

Boska sprawiedliwość

Zaczęło się klasycznie, jak to w historii Kościoła bywa: chłop, wóz, koło, gangrena. Miguel Juan Pellicer z Calandy w 1637 roku traci nogę w wyniku wypadku i – jak podają relacje – zostaje jej pozbawiony powyżej kolana w szpitalu w Saragossie. Noga zostaje pochowana, chłop wraca do rodzinnej wsi i przez ponad dwa lata funkcjonuje jako inwalida, żyjąc z jałmużny i drobnych prac. Historia ciężka, realistyczna, pozbawiona poetyki – aż do momentu, gdy przestaje być realistyczna.

W nocy z 29 na 30 marca 1640 roku wydarza się bowiem rzecz, która nie lubi się z fizjologią: noga wraca. Na miejsce. Bez świeżych śladów operacji, z bliznami „zgodnymi ze stanem sprzed amputacji”. Pellicer tłumaczył to modlitwą do Matki Bożej z Saragossy (Nuestra Señora del Pilar). Śledztwo kościelne i cywilne – jak głosi tradycja – nie znalazło naturalnego wyjaśnienia. I tak oto Europa dostała kolejny certyfikat: „cud potwierdzony proceduralnie”.

Ktoś mógłby powiedzieć: skoro wtedy noga wróciła, to czemu nie dziś? Czemu nie w przypadku współczesnego nieszczęśnika, 17-to letniego Dominika, który niedawno w wyniku wypadku kolejowego stracił obie nogi i część dłoni? Przecież – jak się zdaje – linia telefoniczna do Nieba działa, a przynajmniej działała w XVII wieku. Wystarczyłoby może tylko ponowić połączenie, najlepiej z przekierowaniem przez Watykan, który mógłby, w ramach procedury przyspieszonej, wysłać „prośbę o wstawiennictwo” Nuestra Señora del Pilar.

I tu zaczyna się problem, który nazwałbym „logistyką metafizyki”.
Bo jeśli cuda są możliwe, to dlaczego mają taki dziwny zwyczaj zdarzać się głównie wtedy, gdy nikt nie prowadzi dokumentacji medycznej w standardzie współczesnej chirurgii, rezonansu magnetycznego i procedur etycznych? I dlaczego równie gorliwa dokumentacja hagiograficzna nie wspomina o równie spektakularnych „zwrotach kończyn” u takich postaci jak Jakub Intercisus, któremu nie odrosły odcięte części ciała, albo Hipolit Rzymski, którego los – mimo dramatycznego zakończenia – nie przewidział rekonstrukcji anatomicznej?
Nie odrastają też obcięty język Świętego Jana Nepomucena, ani wydłubane oczy Świętej Łucji, ani wycięte piersi Świętej Agaty. Święty Erazm z Formii, mimo imponującej scenografii własnego męczeństwa, również nie doczekał się biologicznego resetu organizmu. A więc albo cudowność ma selektywny charakter geograficzno-historyczny, albo jej dystrybucja podlega zasadom, których żaden urząd patentowy jeszcze nie zatwierdził.
I wtedy pojawia się pokusa, by powiedzieć: „boska sprawiedliwość chodzi tajemnymi ścieżkami”. Tyle że to zdanie, choć brzmi dostojnie, bywa czasem tylko eleganckim sposobem na zamknięcie dyskusji, której nie umiemy rozwiązać inaczej.
Bo jeśli wszystko jest możliwe – to nic nie jest przewidywalne. A jeśli nic nie jest przewidywalne – to trudno odróżnić cud od legendy, legendę od narracji, a narrację od potrzeby sensu.
I tak zostajemy, jak zwykle, w miejscu dość niewygodnym: między historią Pellicera, która „była”, bo ktoś ją spisał i uznał, a współczesnym cierpieniem, które nie domaga się metafizyki, tylko bardzo przyziemnych rzeczy – opieki, leczenia i tego, żeby świat czasem działał bez nadprzyrodzonych interwencji.

ODPOWIEDZ

Wróć do „Postacie”